poniedziałek, 3 maja 2010

My foolish heart

Jakiś czas temu przestałam na poważnie marzyć. Serducho zaczęło się kurczyć i zamykać, żeby przypadkiem nie dostać od życia po nosie. Choć w muzyce jeszcze było. Ale to nie tak..nie tak ma to wszystko wyglądać. Bez ryzyka nie ma nic, o czym mogłabym opowiedzieć dźwiękami, brzmieniem.. A trzeba mieć o czym opowiadać.
Wychodzę wieczorem z trąbką na ramieniu, zawijając warkoczem, a tu nagle zza rogu kościoła wyskakuje czarny kot z wielkimi oczami. Ludzie zaczynają chodzić do tyłu, a kot, Bogu ducha winny, patrzy się na nich z przerażeniem. Taka wiara właśnie, w zabobony..bez sensu. Człowiek, zamiast na pięknie, skupia się na jakichś starych uprzedzeniach i z góry zakłada, że zdarzy się coś złego.
Wciąż jakieś tragedie, wielkie kłótnie o rzeczy małe, wieczny brak czasu... ludzie sami to przyciągają.
Wyłącz to myślenie. I przejdź na pozytywny bieg zdarzeń. I uwierz w końcu. W siebie, przede wszystkim! Każdym centymetrem ciała i serca. Uwierz w ludzi, marzenia i uczucia. W to, że wszystko się uda, jeśli tylko tego chcesz. I nawet jeśli wydaje Ci się, że czekasz, to wszystko co zdarzy się po drodze ma umocnić Cię w wierze, że już to masz.
Wymarzony instrument? Kurier z klawiszem przyjechał na drugi dzień. Chcesz zacząć się realizować? Proszę bardzo, masz zespół! Schudnąć? Ok, wyciągnij rower. Chcesz się przejrzeć w czyichś oczach? Ściągnij wreszcie okulary.
Cały ten Sekret...Nie zwlekaj. Nie zastanawiaj się. Nie miej wątpliwości. Kiedy nadarza się okazja, kiedy się pojawia impuls, kiedy zaczynasz czuć intuicyjnie – działaj! To Twoje zadanie. I jedyne co musisz zrobić, by coś zmienić. Nie musisz widzieć całych schodów, wystarczy jeden krok. Aż dotrzesz do miejsca, w którym naprawdę we wszystko uwierzysz, będziesz wiedzieć i czuć. I otrzymasz.
Komuś się to może wydać śmieszne. I wcale się nie dziwię. Ale dość mam już łarzenia między tą szarością. Fruwać mi się chcę.

The night is like a lovely tune, beware my foolish heart!

Serduchowo Kurt Elling'owo

czwartek, 22 kwietnia 2010

Od pierwszego słyszenia.

Chodzi taki jedyn z drugim po świecie i sie chwoli, ze wiy co to świat. Spytos sie go: Cy ty wiys co to niedźwiedź? A ón ci na to Wiym, bok go na upłazie w Pięciu Stawach poznoł. Spytos się go: Wiys co to jest baba?. Tu sie dopiero jedyn z drugim uniesie.. Jak-ze byk nie wiedzioł, przecie sie zynie. No to jak-eś tak sytko poznoł, to powiedz-ze mi teroz, co to znacy poznać? Tu zadumali sie oba i długo nic nie godoli. Mogeś usłyseć, jak woda w sidzińskim potoku przelywa sie z kamienia na kamień. I tu się zacyna kłopot.
Mumio prawiy „To jest DRAMAT! A dziewczęta z kolei na przyjęciach sobie siedzą w kucki. I płaczą. A Ty tam wiesz, czy płaczą?? Sprawdził to kto?! Może siedzieć, symulować i co? Sprawdzisz to? Nie sprawdzisz. Nie odgadnione są, tajemnicą są!”





No to, jakze wiy, ze poznoł, kie nie wiy co to poznać? To tak jakbyś się upiyroł, że mos portki, a nie wiys co to portki. Abo w portkach. Wtoz ta wtedy wiy,co mos, jak tego nie wiys!

Jedyn: A Ty co, chłopców znos?
Tromba: Jesce nie cas.
Drugi: Tobie to nic po głowie ino zbójeckie nuty.

I tak cie wej bieróm z dwók strón.

Tromba: Abo mnie zabijóm, abo ja kogosi!
Jedyn: Ale jak u was z tymi chłopami…
Tromba: Nie ze syćkimi tak samo. Ale roz kusóm obiecankami, innym razym strasóm niescęściami. A ty do cna gupiejes w środku. Obiecanki cacanki..”zrobie ta, cobyś posła owce, ka bees fcioła…” I hań ślebode ci wypominajóm.
Drugi: A może jest być inacyj.
Tromba: Chłopoki,śleboda to jest nojwięksy skarb.Bo cłek ma jóm w naturze.
Jedyn: Ale zdarzyć sie może, ze cłek się opije ślebodóm jak okowikóm jakom.
Drugi: Ba zwazaj dziewczynko, coby sie śleboda niedługo w swawole nie przeistocyła. A swawola sie plyni, jak oset w zbożu. I po casie widzis, ze więcyj tego ostu jako zbożo. Wsędy traci sie miara.
Tromba: Mnie nawet nie o to sło… Scęście to jest ludzka rzec. To jest ludzkie dobro.To musi w cłeku być, jak skarb ukryty. Haj haju talynt. I musi to mieć kozdy. I tyn co orze, i tyn co rzeźbi. Tyn co gro, śpiywa, cy buduje. A z drugiej stróny patrzęcy, óni nie musóm o tym wiedzieć, ze to majóm, ino sami musóm to w sobie wykryć. Musóm se to uświadomić, co to jest.
A muzyka jest od tego, żeby sie w głowiy nie poprzewracało, kie ślebody pod dostatkiem. W muzyce cęść dusy wychodzi na wierch.
Jedyn:
Chłopcy sykowni syćka do grania?
Tromba: Ba! Kie tak grajóm, trza dązyć, coby zespół pocuł się jednym duchym. Syćka za jednego, jedyn za syćkik.
Jedyn: Ona jest cholera. Ka między dźwiękami cystóm prowde widzi.
Drugi: Ale kielo sie trza narobić coby muzyke popod swojóm duse przysposobić
Tromba: Potem to już wiys..chyć za trombe i zacnij grać. A do tutyj muzyki dołącą się inski. Jedyn prymuje. Insi ku niemu - a to sekund, a to bas. Jak Footprints! Aż Ci sama noga przytupuje. . I fto ino mo rozum, dorozumie sie, ze sóm jest rządzący i rządzeni. Jedni grajóm, drudzy słuchajóm. I trza se ustępować i ślebody dawać w muzyce tez.
Jeden: Idzies głębiej i głębiej, a dna jak nie było, tak nima..
Tromba: Bo to się trza casem tak zatracić, żeby cie nawet włosny pies wytropić nie zdoloł. Zatrać się, chłopce, pomiyndzy tymi dźwiękami.
Jedyn: Zatracona sie znalozła…
Tromba: Nie zatracona, ba znaleziona!
Jedyn: Oj, słónko jej chyba przygrzoło.

Drugi: Co dlo ludzi zawse było zatraceniem, dla ciebie było znalezieniem. Tyż-eś sie traciyła, kie nalozła, a jak nie nalozła, to sie nie traciyła.

(I z górolami tak samo ostało: jak ci się kie jaki górol ka straci, o znacy,ze abo ón cosi naloz, abo jego cosi nalazło. Taka wej natura. Óni tak majóm.)


Na Krupowej cimno się zrobiyło i od Babiej zacyno chłodym ciągnąć. Na polanie chłopcy watre skrzesali. Kie ogień buchnón w góre-zaśpiywali.A potem zacęliśmy śpiekulować o gwiazdach. A mgła już się zrobiła, ze nic nie było widać, a do chałpy daleko.


Jedyn: He, jaka mi ś’niej mędrolka, nie widzi tego, co pod nogami,a chciołoby wiedzieć co na niebie.
Tromba: Ceper wie swoje a baba tyz swoje wie.
Drugi: Ej,mała, jakozby Ci uwiezyć, kie syćko nieprawdóm stoi?
„Kie byś miała rozum i po tymu zdanie, to byś mnie kochała, za samo śpiywanie”
. Wse Cie dziewce muzyka wodzi

I gadaj tu z góralami…

czwartek, 18 marca 2010

Untitled..


Słuchas raz. Nici z tego niy pojmujes. Sluchasz drugi –jużeś mniej głuchy!. Nuta po nucie,carno na białym coraz to jaśniyj. W głowie i na pięciolini. Im więcej „cornych” dźwięków i rozwiązłości w graniu, tym wiynksa radocha powrotu do trzech prostyk nut. Przypotrz-że sie, jako najprostsze rzeczy sóm najtrudniejsze zarazem. Ludziska przy caluśkim tym mętliku, pyndzie dnia codziynnego,gonióm i gonióm i często zapominajóm o prostocie. Abo się jej bojóm, cy jak? A proste, w całyj swej dobroci znacy tyle co szczere. Szczere serducho. Radosne, smutne –ni wazne. Łazi o pokore do tego, co nam jest dane od Kogoś, kto na nas se z góry spoziera..A pote ka? Patrzys w niebo – słónko wisi. Rano wschodzi, wiecór zachodzi. Tak sie słónkowe cienie po świecie snujóm. Raz długie, raz krótkie. Wedle tych cieni widzis świat. Fta raz je radość, a raz smutno na sercu i w dusy. Jeno samego słonka nie widzis, bo za jasne. Trza by go było przyciemnić. Ale ono jako ta świetlistość - takie ze jus lepse ni może być. To jest scyt nad scytami. Óno nos ku sobie ciągnie, bo my w tym mómy udział. A mómy przez pamięć. Bo kie my już hań byli, to musimy pamiętać. Jak chodzimy po górach, to się w nos pamięć budzi i sóm my jako te orły, co nic ino w góre ftóm lecieć. Tak jest ik świat, tam jest ik śleboda! Hań nasa świetlistość!
Mentalne „hej do przodu!” wcale nie wyklucza pokory. Pokora, kie juz do nij przydzies, sama zamknie Ci gębusie. Ta? I wte się zacyno! Zacznies słuchać i uczyć się od innych. Jeno mądrzejszyk. Moze to i być. Dość paplania, trza buzie na ćwiczenie oszczyndzić – trąbkowe najlepiyj.Eksperymentowania w garnkach juz móm dosyć.

Czasem w tyj pamięci, kie byliśmy malućkimi, pomogają nam czyjeś ciepluśkie słowa. To tak, jakbys se Panicku zagadał do kogoś, kto jest blisko, ale go do tyj pory nie znałeś. Jakbyś cuł w kościak, ze jest ku Tobie i czuwa. Odkopałak w starociach wspomnienia Dziadka, spisane przez Niego, kie otocony był już pes klasztorne mury Tyńca. I powiym Wam, co miłość do człowieka to jednak cud na ziemi...Łatwo ni mioł, a tak godół:

„Dziwne, że wszystko co było ciężkie i przykre, zawierało równocześnie tyle samo jakiegoś czaru, radości, zadowolenia i piękna”.

Trochę czasu minie, nim se zwykły człek jak ja pomiarkuje, co mędrole prawióm i zamiast chować się za swojóm głupotą pudzie ku światu naprzeciw. Ale po prowdzie to mi sie widzi, ze to dobry czas. I trza by sie takiego czasu od Gazdy z Góry naumieć, coby i w muzyce syćko zażarło, jakoby z metronomem. Ba do gustu,do serca!

piątek, 5 lutego 2010

Skumaj winyla

I się dziewce doigrało. Byłak kamieniem. Potem wysperałam płytę Kayah i urosłam se w siłę..znacy skałą się stałam. Przysły mrozy, i coponiektóryk obywateli hań przeniosły w błogie casy PRL’u. Choć sama Gomułkowej gębusi nie kojaze z bliska, to caluśki ten mur obronny, jakim odgrodziłam sobie świat pees ostatnie ćwierć wieku,wsędy jak Wisła pokrył się lodem. Lodołamace z Bydgoszczy do Krakowa sie ni kwapiły, ino do Tromboli znalazł se ściezke taki lodołamacz - jeno z gór. Co mądróm ksiązke napisoł.
I co się dzieje? Się uśmiecha do mędroli i bajoków. Się chodzi łbem nie włucąc po ziemi, ino z wyprostowanym pocuciem własnej wartości. A casem i łbem do góry peed nogami. Się przypala strawę w kuchni, kiela sie powkręcało dziewce w izbie za ścianóm w trąbkowe ćwicenie. (wazne tu to „s”, poć samej trawki się mi nie zdaza!) Fta nagle cłowiek dedukuje, ze ni mo takiego psykazania, ani boskiego ani zbójnickiego,co by musioł być psymusowo całe życie Matkóm Polką, Matkóm Teresą cy w ogóle jakóm-sik matkóm od podszeb wszelakik. Ze na to cas jesce i cosik by trza się poradować. Bo jak fto ni umie pływać, to w tyk zmartwieniach mógłby się utopić. A tu zima, pełnóm gębom i kizby trza ciało ratować od środka, coby ciepło na serduchu się zrobiło. „A jak?”- zapytocie.A to Wóm powiym. Psychodzis se do dom, to się ogrzewos herbatą z miodem I ni wazne, ze zielona i zdrowa. Piyrsy raz dobze, drugi raz dobze. Trzeci roz dolejes specifiku - tys dobze. Juz mnij chłodnawo. Ale się nudo jakas taka wkrada. Casem lepiyj wyłącyć lewą półkule tych zwojów we łbie, butelkę dobrego wina rozpiecentować i zacąć umyślać prawóm. Znacy się – twórczo i analogowo... i analogową płytą w tle. Jamie Lidell najlepiyj,tóm co ponizyj. Jooj!





I jak juz skumałam winyla, to się jedno pytanie narodziyło i dziubło jak kolec w coło. Cemus to ludziska wraz z wiekiem cy jakimsi takim doświadceniem i nibyk mądrością życiowóm tracą umiejętność radowania się z rzeczy malućkich? I ucóm tego, idóm dalyj! Jak tak se patrze, to kazdyj więzi między jednym cłekiem a drugim, wtóruje manipulacyja, walka o energie. Poć między jednym cłekiem a drugim zwierzęciem inacyj tys nie jest...Kie psisko fce wyjść, fta caluśkie drzwi łapami odrapie. Ale zobac se na Cie, sóm-eś tak robił. Skąd się to biere? Kany dobze byłobyk zacąć znaki łodcytawać w zyciu, wiys? I się kurna nimi ciesyć! Toć sytko niesie ze sobóm jakóm-sik wiadomość. Jakobyś mail z góry odbieroł.. „You’ve got message”!
I kany pojedzies zaś do dom, pomyśl co inkse miało to znacyć, coby sie w smutku nie taplać. Fta hań trzy razy poźryj na górki, umyślaj se o tych oczyskach, a Gazda Ci z nieba cichuśko zagodo „Ty się cłeku nie uzalezniaj. Raduj się chwilóm, nie zatracój siebie w tym sytkim.”

Pójdzies ku Krupowej Hali, i zaś usłysys jak Ktosik z Góry prawi:
„A co się tycy ciała, to radościami nie pogardzoj, od smutków uciekoj. Kizby to djabli byli, aj by byli, coby cnota sprawiała przykrość, a niecnota radość. Ka radość, tam i cnota. Ka smutek, tam grzychy. Staroj się o radość, a za radościóm przydzie rozum i cało reśta. Ta i dusy lepiyj się siedzi w krzepkim ciele jako w ciele chyrlawym.”

I już wiys. Syćko sło o radość i ślus.

Otwieras okno, spozieras se na górki. Wychodzis z kawą i śpiewos ku górom „Hej, ładnyś chłopce, ładnyś”. A echo z przyzwycojenia „..mać..mać..mać..”

niedziela, 24 stycznia 2010

Trąbkowy haj, hej!

In The Mind Of Jamie Cullum


Lubię, kiedy zimowe słońce rozprasza atomy melancholii w powietrzu. I wraca się znów do świata. Z całą jego pozytywną energią. Bo kiedy kamień z serca to i na duszy też jakoś tak lżej i wszystko, co niewidzialne dla oczu, staje się po prostu kolejną pozaksiążkową lekcją, z której dopóki nie wyciągnę wniosków, nie będę mogła się rozwijać dalej. Kwestia zbiegów okolicznosci nabiera głębszego sensu i nagle człowiek zaczyna rozumieć, że wszystko, co tak trudno było poukładać w głowie i sercu, to była jedynie próba.
A ze cłek jest jakimsi takim drzewem, które cuje w swoik kościach dobro, fta hań złych owoców rodzić nie kce.
I powraca do tego życia z umiejętnością gromadzenia mocniejszej energii wokół. Trąba do góry i srrruuu do tych dźwięków, bez których powoli wychodziło ze mnie życie.
Wzrok, smak, słuch... Malowanie aniołów na zielono, zapach świeżej bazylii w środku zimy i durowe oldschoolowe dźwięki Jamiego…. Nie ma takiej chmury, na której bym nie mogła odlecieć. I tu też górale mądrzy są. Bo „haj”, po różnych ziołach, to oni mają na co dzień - kiedy biorą skrzypce i otwierają gęby. Tylko u nich gada się „hej”, tak dla niepoznaki.
I czuję się błogo, bo znów mi się przypomniało, że do życia potrzebuje być permanentnie zakochana…. w trąbce!!! Bo miłość, choć sama w sobie nie do pojęcia, pomaga zrozumieć wszystko. Tylko w swoim czasie :D

sobota, 9 stycznia 2010

Kosmos, halny i serducho w muzyce.

Pojechałabyk zaś w góry. Trza sie mi ocyścić. Jus niedaleko cekać, bo tęsknica jakaś taka bieze cłeka, na myśl o tym dechu, co w górach siedzi. Ludzie gonióm za dutkami, a zapominajóm, co wiekuiste. Góry na swój sposób sóm wiekuiste. One były, sóm i bedom.

Tęskno mi do tych moich górecek tys.
Na Orawe chodziyło się kanyś koło wody i sie siadywało, jak fto fcioł.
I kiela by se tak siadnąć zaś nad tóm wodóm kie dawniej i jak kozde góralskie dziecko pośpiekulować. Kasik rozejzeć się w tym, co mom, co by znów syćko we mnie zagrało. Jak u dziecka, bo ono małe, ale swój rozum mo. Patrzys i patrzys na ten strumycek...
Pod wodóm migajom cienie. Bez ośniezone smreki prześwituje słonko. W potoku pomiyndzy krami kamienie, same okręglice. Co inkse widzis, a co inkse jest. Furt sama siebie pytom, co jest prawdóm, a co zwidym?

Taki to jakysik potok zdazeń w zyciu. A ja w tym sytkim jakimsi wirem porwana.
Zwioły zywioły, taki mój malućki kosmos. Wir chyto wode, obraco nióm dookoła i leci dalej ku górze, ku niebu - chmurami wiruje. Kie o chmure się błyskawica otre, fte wir grzmi. Ale gwiozdami wiruje zawse cichuśko.
I tak se myśle, ze cosem bliskie to dalekie, a co dalekie to bliskie. No hej.Inacej nie rzekne.





Siedzys se Panicku nad takim potockiem,słysys jeno jak woda swoim prądem szlifuje kamienie. Wypatrujys cłeka. Podchodzis, co ześ hań wypatrzoł i spotykas dziywce.As tu jak sie nie zerwie halny wiater, sie ścimnia, słonecko szybko zachodzi i sie zimno robi. (A tak po prowdzie.. wie to ftoś cy sie zimno robi? Dla jednego zimno, dla drugiego ciepło).
Ale dych cie dopada. I ogień... A z ogniem to wiys jak jest. Ciśnies gałązke, a on jom obłapi jak miełośnik jaki. Gałązka się cało gnie i cyrwiyni. Kie juz jóm na syćkie stróny wyobłapio, to z niej zostaje sóm popiół, a reśta w góre ku niebu leci. Syćko z ognia i bez ogień!
Dziwne to, ale ten co tak kiedyś pedzioł, fta wiydział, ze prowde godo. Bo jako ognia dych robi się gorący i rzodki, to ucieka ku niebu i z tego powstajom gwiazdy. I zaś mos tu kosmos. Ale kie zgęstnieje to robi się wiatrym. I jeno tylko usłysys tóm muzyke w wierchach to Ci sie zdaje, jakobys se nad tymi wiyrchami latoł. Ale uwozoj, bo wiatrym rządzóm muzykanty. Z nimi musis grzecnie i łokowitkom sie dzielić. Óni chytajóm powietrzny dych w smycki i płuca i przekładajóm go na struny i tromby. Bo kie sie robi holny, to ludzi jakiesik rozstrojenie bieze. Ino by źli chodzili, jakby ich cosik gryzło. Abo sami fcieli gryźć. Fta hań muzykant ik odrzyno, nadyma ik dobrym wiatrem i przywraca ducha. Duse znacy. Bo jako sie ten górski dech skupi, to sie właśnie dusa rodzi. I to óna cłeka w kupie trzymo, bo jak fto jej nimo, to sie caluśki na amen ozlatuje.

Ale do tego ognia se powróce w tym śpekulowaniu i dedukowaniu. To jakoby z chłopym i babóm jest. Sprzycność -ogień dzieli, ogień łący! A pecies pojednać sie umiejóm. Ech...świat stoi zbójeckim prawem. Baca psy okowitce kiedyś gębe otwozył i pedzioł "Może i świat jest boski. Ale dziewcęta nase".
Znacy to jak z górami - ze tak było, jest i będzie. A pote się to sytko miyso!

Jeno hań idzies se na hale i w górecki to bieres syćko na emocje. A z chłopami i kobitkami to jus insa insość. Trza sie dobze zastanowic,pogimnastykować te zwoje w głowie. Kie mos jakóm sprawe, to bier jóm na rozum. Oko kłamie, ucho kłamie i nos kłamie... rozum nie kłamie. Ino kiebyś go umioł uzyć!
To sytko przecies sóm same zmysłowe mniemania. Bo zmysly wse cłeka uwodzóm. Kozdy zmysł cie łobłapia, kozdy krzycy do tobie "uwierz mi"! Uwierzys ocóm, smakóm, usóm - bees do cna zmamiony. Ino rozum widzi to, co naprowde jest. No i jesce jest serce.. ale ono swoje wiy i swoje robiyć lubi. Z nim nie powalcys,bo to sie źle dla serca skońcy. Jak w muzyce. Prym - serducho, sekund - rozum i jeno wtórować ma. Jak sie dos przekabacić, to juz nie ty! Syćko gęstnieje i się rozrzydzo. I zaś gęstnieje i się zozrzydzo. Pedzioł byś, ze pulsuje. Jako krew. Tu jest pocątek. I w tyj muzyce słychać, jako sie nad potokiem, niedaleko Sidziny, w mroźny zimowy dzień baba z chłopem spierajóm.

I ten sen na śnisku to jeno zwidowanie. Bier ten plecak, znajome gęby i jedźze w góry. W bacówce zjedz se kwaśnicy, co gębe wyksywia, ale rozum prostuje. W głowie cłowiekowi rozjaśnia. Rozum świata i twój rozum to jedno. A dla serca dobze zrobis jak ten dych w świecie pocujes. Zobac jako ponad Wielkóm Polane snuje się mlacowy puch. I nauc sie siebie. Jeno jakbyś swierdził, ze ni mos nic, pomyśl sobie co to "nic". To jest pół litra na dwók. Myśli mądrych ludzi wiecnie zywe.

niedziela, 27 grudnia 2009

Syćko ma swój cas.


Anioł Drogowskazów

Caluśki świat podpowiada Ci, ka mos iść. Wydazenia, spotkania, słowa, obrazy. Syćko to daje Ci jakiesik sygnały, coby się zatrzymoć, kany zmienić kierunek cy po prostu nózeckami za cymś trosecku podgonić. Mówią Ci niy wprost, cego jesce mos się naucyć. Ale godojom...bo słuchos.






Z głośników grudniowe trąbkowe „dzień dobry” z brzmieniem, które może ogrzać mieszkanie w chłodny zimowy poranek. Biały lepki puch przykleił się już do okien. Mróz znów dostał pół etatu i na nocnej zmianie rozświetla szaro-bury widok z okna w Krakowie- niemal tak samo jak z akademikowego okna na Śląsku. Tydzień. Poniedziałek, wtorek po krakosssku. Domowo i muzycznie. Środowe przedpołudnie w nastroju kawowym myślami wybiega już gdzieś do chatki w górach. Czwartek wita Cię czasem wczesnym popołudniem arytmią serducha,zatrzymaniem akcji pociągu na torach i jakże uroczym dworcem w Katowicach. Piątkowe marzenie łazi gdzieś na szlaku z plecakiem i trąbką. I hop siupa! Góralscyzna daje kopa!!!Weekend mija z prędkością spadającej gwiazdy i nim się obejrzysz jesteś już w pociągu w stronę Galicji.


Anioł Wyobraźni

Kie zacynamy uzywoć wyobraźni, pozucomy na chwile nasą umyśloną i ustaloną rzeczywistość, coby se zbadać jakiesik inne mozliwości. Toć to psecies tak, jakbyśmy se podłącyli interneta – fta tam znajdziemy, pomoze nam to wzbogacić nase zycie na ziemskim padole.
Jeno starannie wybieraj obrazy, którym sie psypatrujes w swojej wyobraźni. I wyobrazaj se jeno to, cego naprowde fces. Tak z caluśkeigo serca, co w dusy cosem głęboko ped świotem pochowane. Zoboc se to wyraźnie, jaśniutko i kolorowo. I usłys! I pocuj! Zyj se tym łobrazem. Fta hań jest szansa, ze bedzie to Twoje.
Jeno kie by sie zdazyło, cobyś jednok nie dostał co fces, raduj sie i z tego. Poć nigdy niy wiys, cosik na góze Gazda knuje.


Rynek wieczorową porą. Zapach grzańca, który w góralskim domu z bali mimo wszystkich błędów w sztuce smakuje nieco inaczej niż ten z wielkiej drewnianej beczki popijany między straganami z korzuchami, czerwonymi koralami i dziełami tudzież badziewiami pseudo ludowymi. Na placki ziemniaczane na Kazimierzu przy okienku numer dziewięć już zbyt zimno. Płaszcz zbyt cienki, kurtka nie grzeje jak trzeba. Zaszywasz się więc z pięciolinią i ołówkiem gdzieś w knajpce przy herbacie z malinami i widokiem na Synagogę. Zamiast życzenia pisanego na kwitłech zostawiasz przy grobie Cedyka kilka nut.
Tak, żeby nabrały mocy.

I kany wracas,to tak jakbyś se sedł w kierunku jakiegosik celu. Patrzaj se pod nogi. Ale i pedniyeś głowe i zoboc se Panicku, jakie piykne mos po drodze widoki. Posłuchaj co gra halny w wiersyckach. Umyślaj o drodze. Przecie ona nas ucy, jak najlepij dotseć do celu. I nas wzbogaca. A cy cel okaze sie lepsy cy gorsy, zalezy łod drogi, którą wybiezes, coby do niego dotseć. I łod tego, co fces, zeby zdazyło sie po drodze.

Jest taki Janioł co sie zwie Jak Gdyby. Spotkas se go casem na swojej drodze. A on Ci powie jeno kilka słów. W kazdym języku świata.
Kochoj, jak gdyby zadne ludzkie stwozenie ni zraniło Ci serca. Przecies ni mos śladów po siekierce?
Śpiwoj, jak gdyby syćko wokół słuch straciło. Tańcuj, jak gdyby nikt na Cie nie zerkoł. Tosz to Al Pacino wywinął takie tango w „Zapachu Kobiety”! A ponoć ocka miał chorutkie...
I zyj tak, jakoby na ziemi było jus niebo.





Toć to syćko ma swój cas. A Niebo jest tu i teroz. Kie dusa Ci ciało w góry wyciągnie, nie umyślaj, ze mos blizej. Toć z kazdego miejsca do niego jednako.